Dlaczego kocham piosenkę Andrzeja Rosiewicza dla Donalda Trumpa

Ten filmik, zapis programu TVP2 „Pytanie na śniadanie” (sic!), mnie hipnotyzuje. Rosiewicz napisał, zaśpiewał z playbacku i zatańczył dla Trumpa piosenkę po angielsku; cytuję fragmenty: „Sing and jump for Donald Trump!”, „Trumping and jumping today is trendy!”. Siedzę przed YouTube’em, klikam „odtwórz” po raz czterdziesty i oglądając zadaję sobie różne pytania. I za te pytania kocham tę piosenkę. Za to, że te pytania mi podsuwa. I to pytania nie byle jakie, bo dotyczące prawdy, sytuacji kobiet i starości; ale też, a może przede wszystkim –

O co chodzi?

Andrzej Rosiewicz to urodzony w 1944 roku piosenkarz estradowy i tekściarz – znany z piosenek „Najwięcej witaminy” czy „Czterdzieści lat minęło…”. Wiele jego utworów z czasów sprzed transformacji można by odczytywać jako satyrę na ówczesną władzę. Ostatnio zaczął występować w Radiu Maryja i Telewizji Trwam, kilka lat temu dla PiS stworzył piosenkę „Wystarczą cztery Ziobra i Polska będzie dobra”. No i teraz: na przyjazd Trumpa do Polski wymyślił „Sing and jump…”. Chyba więc odszedł od krytykowania rządzących za pomocą swojej sztuki…?

Szukam dalszych informacji. W wywiadzie dla teleshow.wp.pl autor piosenki komentuje słowa „he is a hero of Robert De Niro” uwagą: „Wiedziałem, że on nienawidzi Trumpa. To jest ironia!”. Czyli jednak: nie na darmo przekonywałam bliskich, że to nie może być śpiewane na poważnie. Ale zaraz potem tekściarz zaznacza, że internauci nie poznali się na żarcie, zaś obecny prezydent USA, gdyby mógł, na pewno by się poznał, bo jest człowiekiem inteligentnym i dowcipnym. I ogólnie to Rosiewicz Trumpa ceni i podziwia. (Za co – nie wyjaśnia).

Czy występ Rosiewicza jest jeszcze kampowy, bo jest kiczowaty i jednocześnie ironiczny, czy też jest już tylko i wyłącznie szmirą i szkaradą, bo Rosiewicz nie zdaje sobie sprawy z ironiczności własnego przekazu? A może to zawoalowany sarkazm? Może to puszczanie oczka za oczkiem, wodzenie nas za nos? Czy Andrzej Rosiewicz to dupek, czy nieświadomy geniusz?

Symulakrum występu

Tych pytań nigdy nie zada sobie Donald Trump. W tym sęk, że nie mógł on poznać się na żartach Rosiewicza. Chociaż piosenka została wyemitowana w polskiej telewizji publicznej, czyli potencjalnie widziało ją mnóstwo Polek i Polaków – zwłaszcza, że tuż po tym rozeszła się szeroko po Internecie – do adresata nie trafiła. Utwór został napisany właściwie na wyłączność tego indywidualnego odbiorcy, czego dowodzi, że tak powiem, kameralny charakter przedstawienia – licha scenografia, umowno-cyrkowe kostiumy – ale przede wszystkim wątki autoprezentacyjne („I’m Trendy Andy”, i we wstępie do piosenki wygłoszonym na wizji: „They call me Polish Fred Astaire” – czy ktokolwiek kiedykolwiek nazwał tak Andrzeja Rosiewicza prócz niego samego ten jeden raz?). Celem Rosiewicza było, jak podkreśla w wywiadzie, wystąpić osobiście przed Trumpem. Osiągnięte zostało wszystko, tylko nie to. Rosiewicz niby wystąpił, ale przecież tak naprawdę nie wystąpił. Poznał go teoretycznie cały świat – ale nie ten jeden jedyny, któremu dzieło zostało zadedykowane.

Kobieta, która milczy, nadal jest

Jeśli już mówimy o tych jednych jedynych, to jest jeszcze druga piosenka. Ona jednak nie chwyta mnie za serce. Rosiewicz stworzył ją równolegle jako utwór, który Trump miałby zaśpiewać swojej żonie Melanii. Ta piosenka mogłaby być hymnem ruchu obalającego mit miłości romantycznej. Jednym ruchem obala marzenia o dozgonnym erotycznym przywiązaniu. Śpiewać o kimś, kto słynie z seksistowskich i mizoginicznych wypowiedzi, że nic nie rozłączy go z żoną – to dowcip z gatunku okrutnych. Przy wtórze słów „You are my Juliet and I’m your Romeo” wyświetlać na ekranie zdjęcia, na których żona odsuwa się od niego ze wstrętem – to ślepa buta.

Na nagraniu piosenki, którą kocham, piosenki, w której „dżampujemy” i „singujemy” dla Donalda, u boku Rosiewicza, tak jak na co dzień „u boku” Trumpa, też pojawia się dużo młodsza od niego, atrakcyjna kobieta. Skacze z pomponami krok w krok, nie styka się z nim w żaden sposób i nie otwiera ust ani na chwilę. Nie wiemy, co myśli, i nikt jej o to nie pyta. Jest milcząca, ale nie niewidzialna.

Robiłam sobie wręcz takie ćwiczenie – oglądając filmik nie patrzyłam na Rosiewicza, a jedynie na jego współtancerkę. „Nie chcę tu być, kazali mi to tańczyć, więc tańczę, ale myślę o czym innym i nic wam do tego, co to jest” – tak odczytywałam jej postawę. Podobnie z Melanią – te wszystkie odsunięcia głowy przy pocałunku, strzepnięcia ręki; i prawdziwie niepokojące: grymas przerażenia, gdy mąż podchodzi za blisko – to nie są słowa, ale to istnieje naprawdę, to mi się nie wydaje. Tam, gdzie odbierany jest kobiecie głos – nadal wiele może ona powiedzieć na inne sposoby. Kobiety wokół mnie, którym w kapitalizmie, zespolonym w miłosnym uścisku z patriarchatem, zamknięto usta, nadal tu są.

Czy starcowi wolno się wygłupiać?

Trump coś tam kiedyś paplał o „ładnej dupie” u boku mężczyzny; że jeśli ją ma, to nieważne, co o nim piszą. Nie chodzi tu jednak oczywiście o relację z drugą osobą, lecz o władzę. Posiadanie władzy, którą dają seks, pieniądze i stanowisko, impregnuje na wypadek śmieszności. Stary człowiek może być prezydentem, bo to poważna funkcja. Jeśli wyśmiewamy, to inne jego cechy, niż wiek. Ale czy stary człowiek ma prawo się wygłupiać? Czy ma prawo wierzyć w swoje wygłupy? Czy może pląsać w muszce w grochy, żebyśmy nie śmiali się z jego starości? Żebyśmy nie wyciągali palca wskazującego, rechocząc: „O, patrz, jak mu się skóra trzęsie! Chyba na starość zanika mu mózg!”?

Żyjemy w świecie, w którym jest tylko albo-albo: można być białym, heteroseksualnym mężczyzną, władcą świata – lub starym mężczyzną, pośmiewiskiem.

No więc siedzę i oglądam to nagranie po raz czterdziesty pierwszy. Rozpaczam i zachwycam się. Podśpiewuję sobie „sing and jump for Donald Trump”, dodając: „takiego wała!”. To poprawia mi humor. Bo wierzę w żart i wierzę w wygłup. I wierzę w śmiech.

I zadaję sobie kolejne pytania.

Czy Andrzej Rosiewicz jest tak inteligentny, że gra mi na nosie? Czy to ja jestem tak dobroduszna, że widzę refleksję w tym, co bezmyślne? Czy tworzenie dzieł żenujących jest dawaniem pola do subwersji w sztuce – nawet tam, gdzie jej nie ma w intencji, ale może być w interpretacji?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *